Podgląd zdjęć na sesji, już chwilę po naciśnięciu spustu migawki, to ogromne ułatwienie, z którego regularnie korzystam. Dzięki temu dużo łatwiej ocenić czy na zdjęciu wszystko gra. Łatwy wgląd w każde ujęcie ma wtedy nie tylko fotograf, ale też wizażystka, asystent i cała reszta ekipy. Jak bardzo zwiększa to szanse na wyłapanie wszystkich rzeczy wymagających poprawek, chyba nie trzeba pisać.

Wprowadzenie do tetheringu

Na natychmiastowy podgląd zdjęć mówi się potocznie tethering, ale on zazwyczaj umożliwia także sterowanie aparatem np. z poziomu komputera. Można więc zmieniać ISO, czas naświetlania, punkt ostrości i inne parametry, bez podchodzenia do aparatu. Podgląd zdjęć jest tylko jedną z funkcji tetheringu, ale często używa się tych sformułowań zamiennie i też tak czasami będę robił.

Zdalne sterowanie aparatem to świetna rzecz do zdjęć macro, fotografii produktowej i wielu innych zastosowań, jednak w moim przypadku te wszystkie funkcje są zbędne. Dla mnie liczy się wyłącznie możliwość zobaczenia zdjęcia na większym ekranie, chwilę po tym jak je zrobię. Jest na to kilka sposobów.

Spis treści

Podgląd zdjęć od podstaw

Do wyświetlania zdjęć bezpośrednio na ekranie komputera potrzeba kilku rzeczy: najczęściej jest to komputer z aplikacją do tetheringu oraz kabel, który połączy komputer z aparatem. Istnieją też opcje bezprzewodowe, niestety zazwyczaj są wolniejsze niż transmisja kablowa (chodzi o opóźnienie z jakim jest wyświetlane zdjęcie na monitorze – w tetheringu jest ono zawsze, ale może być mniejsze bądź większe). Na szczęście można sobie z tym radzić. Ja używam zarówno metody bezprzewodowej jak i z użyciem kabla.

Połączenie kablowe

Jaki kabel do tetheringu?
Oczywiście używanym kablem będzie USB. Zazwyczaj mini lub micro w wersji 2.0 lub 3.0, zależnie od modelu aparatu. Bezpieczna długość to maksymalnie 5 metrów. Jeśli potrzebny jest dłuższy, to musi być aktywny (czyli taki podłączany dodatkowo dodatkowo do prądu). Jeśli wiadomo, że 3 metry wystarczą, to najlepiej kupić właśnie tyle. Czym krótszy, tym mniejsze ryzyko wystąpienia problemów. Kiedyś trudno było znaleźć kabel USB-MicroUSB odpowiedniej długości, były tylko kilkunasto centymetrowe. Wtedy używałem takiego bardzo krótkiego, który wpinałem do przedłużacza USB – on był dostępny bez problemów. Mnie 3 metry w zupełności wystarczają do robienia zdjęć beauty. W przypadku ujęć całej sylwetki też, bo gdy się mocno oddalam od modelki, to stolik ze sprzętem do podglądu i tak trzeba przesunąć. Oglądanie monitora z wielu metrów nie ma żadnego sensu, bo zobaczy się wtedy tyle samo co spoglądając na LCD aparatu, albo i mniej.

Mimo że aparaty mają wyjście HDMI, to do podglądu zdjęć się go nie używa. HDMI służy do używania akcesoryjnego wyświetlacza podczas filmowania. Statyczny obraz skalowany w ten sposób często wygląda bardzo źle na dużych ekranach.

Oprogramowanie na Mac/PC
Są różne aplikacje do tetheringu, skupię na tych z którymi mam doświadczenie:

  • Lightroom (macOS, Windows | Nikon, Canon, Leica. Po zainstalowaniu pluginu także Hasselblad i Fuji)
    Z racji tego, że mam pakiet Creative Cloud dla fotografów, czyli zestaw Photoshop + Lightroom, to używam tego drugiego programu właśnie do tetheringu. Wcześniejsze wersje sprzedawane bez subskrybcji też miały tę opcję. Plusem używania Lightrooma jest wyświetlanie identycznie wyglądających zdjęć jak te podczas wywoływania i dalszej obróbki. Chodzi o to, że RAWy w zależności od wywoływarki będą mogły wyglądać zupełnie inaczej, a skoro Lightroom i Photoshop używają tego samego silnika do ich wywoływania (Adobe Camera Raw), to zdjęcie na ekranie podglądu będzie wyglądało identycznie, jak w momencie rozpoczęcia obróbki. Jeśli wiem, że zdjęcie będę obrabiał przy użyciu profilu Adobe Standard albo jakiegokolwiek innego, to wystarczy go ustawić jako defaultowy w Lightroomie i gotowe – fotografie zostaną odpowiednio zmodyfikowane. Mogę też od razu nanieść potrzebne poprawki, takie jak delikatne rozjaśnienie cieni itd. Niestety podgląd w LR działa bardzo powoli w porównaniu do aplikacji Smart Shooter. Żeby włączyć tethering w Lightroomie należy wybrać z menu File > Tethered Capture > Start Tethered Capture…
    tethering-lr-file
    Od tej pory po zrobieniu zdjęcia będzie ono automatycznie wyświetlane na ekranie komputera. Minusem jest to, że Lightroom nie ma zbyt wielu opcji konfiguracyjnych:
    screen-shot-2016-10-06-at-15-42-01Brakuje przede wszystkim jednoczesnego zapisu na karty pamięci i na dysk komputera. Zdjęcia są transferowane z aparatu prosto na komputer, z pominięciem kart, które mogłyby służyć jako kopia zapasowa. Natomiast jeśli jakiś inny program na bierząco zgrywa zdjęcia z aparatu na komputer, to w Lightroomie można je otworzyć automatycznie opcją auto importu. File > Auto Import > Auto Import Settings… (a później Enable Auto Import):
    autoimport
  • Smart Shooter (macOS, Windows)
    Program stworzony wyłącznie do tetheringu. Działa bardzo szybko i ma znacznie więcej opcji konfiguracyjnych niż Lightroom, m.in. jednoczesny zapis na karty pamięci i na komputer. Niestety na moim Nikonie D810 to nie działało – karty pamięci wciąż były pomijane. Smart Shooter jest stosunkowo drogi, ale przed zakupem można go przetestować.
  • SofortBild (macOS | Nikon)
    Kolejny program zrobiony tylko w jednym celu, aczkolwiek ten jest bezpłatny. Używałem go kilka lat temu i była to najbardziej niestabilna aplikacja jaką kiedykolwiek miałem na Macu. Od tamtego czasu minęło kilka lat, więc teraz powinno być lepiej.
  • Inne aplikacje
    Listę innych programów do tetheringu znajdziecie m.in. na stronie tethertools.com.

Bezprzewodowy podgląd

Są też opcje bezprzewodowego przesyłania zdjęć. Zarówno Canon jak i Nikon ma swoje autorskie rozwiązania, ale nie mam z nimi doświadczeń. Jednak jest też jedna dość uniwersalna metoda, która pozwala także na podgląd na iPadach i tabletach z Androidem, niezależnie od tego jakiego aparatu się używa. Chodzi o karty Eye-Fi.

Karty SD Eye-Fi
Są to karty pamięci SD z wbudowanym transmiterem Wi-Fi. Oznacza to, że instalując specjalną aplikację na swoim urządzeniu, można przesyłać zdjęcia bezprzewodowo, zaraz po ich wykonaiu. W zasadzie dzieje się to automatycznie – wystarczy połączyć tablet z siecią wi-fi stworzoną przez kartę i uruchomić oprogramowanie. Można też ją podpiąć do istniejącej sieci (z routera).

14054499_1081331165268727_2763449505229653617_o

Często poruszanym problemem związanym z używaniem Eye-Fi jest prędkość. Połączenie bezprzewodowe jest wolniejsze niż kablowe, a ponieważ RAWy z dzisiejszych aparatów potrafią zajmować bardzo dużo miejsca, to przekłada się na długi transfer. Jednak da się to obejść. Coraz popularniejsze jest montowanie w aparatach dwóch slotów na karty pamięci zamiast jednego. Da się więc ustawić tak, aby na zwykłą kartę zapisywane były RAW-y, a na na Eye-Fi pliki JPG (zajmujące nieporównywalnie mniej miejsca – szczególnie w podstawowej jakości). Chyba wszyscy tak właśnie robią. Nawet jeśli slot jest jeden, to można zapisywać RAW i JPG jednocześnie, a w aplikacji do tetheringu ustawić pomijanie RAWów.

Mimo takiej konfiguracji wciąż sporo osób narzeka na to, że zdjęcia kopiują się strasznie długo. Podejrzewam że po prostu stare karty miały wifi o mniejszej przepustowości, podobnie jak wiele tabletów.

Ja używam karty Eye-Fi Mobi Pro, która obsługuje wi-fi w standardzie N. O teoretycznych prędkościach, które można osiągnąć nie ma sensu się rozpisywać, bo te oczywiście są bardzo dalekie od rzeczywistości. Skupmy się na realnych transferach, które osiągam u siebie. Gdy w swoim aparacie (Nikon D810 z matrycą 36 Mpix) ustawię zapis jpg w podstawowej jakości, która do podglądu w zupełności wystarcza, to zdjęcie przesyła się ok. 8 sekund. Nadmienię że iPad Pro ma kartę wi-fi w standardzie AC, a więc ona nie jest wąskim gardłem.

Pytanie brzmi czy to wystarczająco. Idealnie byłoby jeszcze trochę ten czas skrócić, ale nie jest źle. Bałem się, że będzie trzeba czekać ponad pół minuty na każde zdjęcie, bo od wielu osób słyszałem, że właśnie tak będzie mimo małych plików jpg. Jednak tak jak wcześniej napisałem – możliwe że po prostu starsze karty były wolniejsze.

Także pod względem prędkości nie jest idealnie, ale wystarcza do całkiem komfortowej pracy. Dla porównania – podczas tetheringu w Lightroomie na zdjęcie czekam podobnie (tylko że wtedy jest to RAW).

Problemy
Po wyjęciu karty z pudełka można dostać szału próbując zrobić sesję z jej użyciem. Co chwilę rozłącza się z siecią i trzeba łączyć ponownie (dokładnie co 60 sekund). Dzieje się tak przez oszczędzanie energii, które karta ma standardowo włączone. Na szczęście da się to zmienić. Należy włożyć kartę do czytnika podpiętego do komputera i w aplikacji Eyefi Mobi wejść w Preferences > Mobi Cards i przestawić 1 min na inną wartość.

screen-shot-2016-10-06-at-16-41-09

Ja ustawiłem kartę tak, żeby nigdy się nie rozłączała. Ma to tę wadę, że muszę pamiętać o ręcznym wyłączaniu aparatu po sesji (wcześniej miesiącami leżał włączony), ponieważ wi-fi pożera baterię. Można też w menu aparatu wyłączyć wi-fi karty (odpowiednia opcja pojawi się dopiero, gdy Eye-Fi będzie w aparacie).

img_0310

Z powodu zwiększonego zużywania energii przy włączonej karcie Eye-Fi, warto mieć zapasową baterię, jeśli jest planowana długa sesja. Przy moich kilku godzinnych (2–5) nie ma takiej potrzeby, mimo wszystko zawsze mam zapasowy akumulator.

Oprogramowanie na urządzenia mobilne

Żeby zdjęcia podglądać np. na tablecie, potrzebna jest aplikacja – stworzona przez producenta, albo zewnętrznego developera. Od razu napiszę, że oprogramowanie producenta się nie nadaje. Brakuje mu podstawowych funkcji – automatycznego wyświetlania ostatnio zrobionego zdjęcia na pełnym ekranie oraz pokazywania histogramu. Na szczęście jest ShutterSnitch – program posiadający te funkcje i sprawnie działający. Kosztuje niecałe 20 dolarów i zdecydowanie warto go kupić. Gdybym miał używać fabrycznej aplikacji, to po prostu Eye-Fi w ogóle bym nie kupił, bo nie byłoby w stanie zastąpić podglądu jaki miałem na komputerze.

Podgląd na dodatkowym ekranie nie służy do oceny naświetlenia zdjęcia

Podgląd niezależnie od tego czy jest na wielkim monitorze czy na tablecie, w żadnym wypadku nie służy do oceny tego, czy zdjęcia są poprawnie naświetlone. Od tego wciąż jest histogram. Poprawnie naświetlone zdjęcia zazwyczaj są jaśniejsze niż będą po obróbce. To znaczy, że nawet na monitorze skalibrowanym do retuszu będą wyglądały na zbyt jasne – szczególnie gdy oświetlenie w studio jest słabsze jak na stanowisku retuszerskim. Oczywiście to samo dotyczy ekranu wbudowanego w aparat – nawet gdy zdjęcia nie są naświetlane na histogram, to i tak w ciemnym studio na LCD aparatu będziemy widzieć zdjęcia o wiele jaśniejsze, niż są są faktycznie. Dlatego ekran aparatu mam przyciemniony w opcjach. W ekranie do tetheringu też najlepiej zmniejszyć podświetlenie na czas sesji.

Moje przygody z większymi ekranami

Najpierw przez długi czas łączyłem aparat z komputerem przewodowo. Pierwszy raz zabrałem monitor na sesję w czasach, gdy miałem jeszcze PC w obudowie big tower (czyli w takiej bardzo wysokiej, których już nikt nie używa). Pompa z chłodzenia wodnego nie była w żaden sposób przymocowana na stałe, tylko zwyczajnie leżała sobie na spodzie obudowy i latała przy przenoszeniu. W dodatku całość miała permanentnie zdemontowane boczne ściany. Rzut okiem na to wywoływał mieszankę przerażenia z politowaniem. To był komputer absolutnie nie nadający się do transportu. Zabrałem go ze sobą na sesję raz. To i tak o jeden raz za dużo.

Później był Mac Mini – komputer lżejszy od ówczesnych laptopów. W zestawieniu ze wcześniejszą jednostką, wydawał się wręcz ultra mobilny, a to że musiałem razem z nim zabierać klawiaturę, myszkę, przewody zasilające i przedłużacz nie wydawało się żadną przeszkodą. Zresztą spakowanie tego trwało tylko chwilę i mieściło się do małej torby na 13″ laptopa. Teraz po prostu kupiłbym miniaturową klawiaturę z wbudowanym touchpadem i miał ją w torbie spakowaną cały czas, razem z dodatkowymi kablami.

14469672_1109932692408574_4287960248808626394_n

Ten komputer razem z 24-calowym monitorem był ze mną na wielu sesjach. Regularnie korzystałem z funkcji PIVOT, czyli ustawiałem go pionowo zamiast poziomo. Gdy na co dzień używałem już Eizo CX240, a później na CG246, to na wyjazdy wciąż zabierałem starego Gatewaya na matrycy S-PVA. Po prostu o Eizo wypadałoby dbać, a Gatewaya wrzucałem do samochodu bez żadnego dodatkowego opakowania i niczym nie musiałem się przejmować – gdyby się zniszczył, nikt by się tym nie przejmował. Z czasem zapomniałem jakich rozmiarów obudowę miałem wcześniej i całość zaczęła się wydawać mało mobilna. Ostatecznie Maca Mini zabierałem coraz rzadziej na sesje.

Kolejnym etapem był laptop – Macbook Pro Retina 15″. Było to zaraz po wyprowadzce z Polski do Bangkoku, kiedy rozstałem się z zewnętrznym monitorem i przez jakiś czas żadnego dodatkowego ekranu nie posiadałem. Macbook w tetheringu sprawdzał się świetnie. Nie trzeba było zabierać myszki, klawiatury, monitora ani kabli zasilających, wbudowana bateria wytrzymywała całą sesję, a sam ekran był zaskakująco dobrej jakości jak na laptopa.

Bardzo istotne w tym wszystkim jest to, że ja laptopa podczas sesji używałem z ekranem postawionym pionowo, czyli Macbook stał na boku.

963968_578979075503941_1347215982_o

Dzięki temu pionowe zdjęcia (a prawie tylko takie robię), wypełniały niemal cały monitor, a nie zaledwie 2/5. Co prawda system OS X nie umożliwia programowego obrócenia wbudowanego ekranu o 90 stopni, ale aplikacja SwitchResX ma taką funkcję.

Finalnie do Macbooka dołączył zewnętrzny monitor, opisywany już na blogu NEC PA322UHD. On ze względu na 32″ nawet w poziomie wystarcza do wygodnego podglądu pionowych zdjęć. Także póki co PIVOTu w nim nie używałem, ale nie wykluczam, że w przyszłości zacznę. Jednak tego monitora nigdzie nie zabieram – na wyjazdy wciąż był tylko laptop.

Ostatni etap nastąpił niedawno i jest to zrezygnowanie z komputera oraz monitora. W zamian służy iPad podpięty bezprzewodowo do aparatu, w sposób jaki opisałem w akapicie o karcie Eye-Fi.

Laptopa ze sobą już na żadną sesję nie zabiorę. iPad jest po prostu dużo wygodniejszy i lżejszy.

Jak wygodnie zrobić podgląd zdjęć?

Ja widać po wcześniejszym akapicie, nieco opcji związanych z podglądem zdjęć przerobiłem. Mój wniosek jest taki, że jeśli ma się to sprawdzać w 100% i być na prawdę wygodne, to nie może być sytuacji, w której fotograf się przemieszcza dobierając różne kadry, a monitor stoi w miejscu. Trzeba zadbać o to, aby był postawiony na stoliku albo statywie, który można wygodnie przesuwać (także zamontowane kółka są bardzo mile widziane). Trzeba mieć też pod ręką zawsze coś, czym komputer będzie obsługiwany (aby wygodnie przybliżać zdjęcia, cofać się do poprzednich itd). Idealnie byłoby mieć statyw, na którym jest zamontowany zarówno aparat jak i monitor. Właściwie to jedyne w pełni wygodne rozwiązanie.

Od lat planowałem taką konstrukcję, ale to nie takie proste, jeśli ma być faktycznie użyteczne. Aparat trzeba czasami ustawić wyżej, czasami niżej, więc musi się znajdować na kolumnie z łatwą regulacją wysokości. Monitor jest ciężki, przez co cała konstrukcja również będzie ciężka i wymagała statywu z zamontowaną przeciwwagą, albo po prostu bardzo ciężkiego statywu kolumnowego i to właśnie takich się używa w profesjonalnych studiach. Potrafią one ważyć grubo ponad 50 kilogramów i to bez zamontowanego jakiegokolwiek sprzętu. O ile w studio się to sprawdza świetnie, to zupełnie nie nadaje się na wyjazdowe sesje, czy takie robione w domowych warunkach. Dlatego docelowo zmierzałem do używania tabletu.

Tablet ma kilka zalet – jest ultra mobilny, w dodatku i tak go mam prawie zawsze ze sobą, więc nie dochodzi żaden dodatkowy ciężar. Z powodu niskiej wagi można go zamontować na zwykłym statywie, który później da się bez problemów przemieszczać nawet bez kółek. Do tego obsługa dotykiem, która rewelacyjnie się spisuje przy zoomowaniu zdjęć. W przypadku iPada dochodzi też aspekt bardzo dobrego odzwierciedlenia kolorów i zarządzania barwą przez system operacyjny.

Moja konstrukcja do podglądu

Założenia: zestaw ma być bardzo lekki, ale stabilny i wygodny w użytkowaniu.

img_0114

Statyw: Manfrotto MT055CXPRO4
Jest to chyba jeden z najlżejszych na prawdę stabilnych statywów. Solidna karbonowa konstrukcja, która waży 2 kg. Aparat znajduje się na 35 cm kolumnie, co pozwala na wygodną zmianę wysokości. Ma też złącze easylink czyli po prostu gwint, w który wkręca się trzpień statywowy. Jest to bardzo przydatne, bo pozwala pozbyć się ramienia mocującego uchwyt tabletu i zamontować go bezpośrednio na statywie, właśnie do tego trzpienia. Odpada więc dodatkowa waga i ułatwione jest składanie/rozkładanie statywu. Wadą tego modelu może być cena (ponad 1500 zł).

Głowica do statywu: Manfrotto 322RC
Głowica pistoletowa, żeby było maksymalnie wygodnie.

3036ccea-bb94-4bab-82f4-4cc94966dea6

Uchwyt na tablet: Hercules DG300
Myślałem uchwyt znajdę bez problemu, tymczasem okazało się, że wszystkie są wielkie, często przy okazji ciężkie i mają niepraktycznie ramię. Hercules DG300 jest pod tym względem wyjątkiem. Jest zrobiony tak, że po odpięciu ramienia można zamontować uchwyt bezpośrednio na trzpieniu wkręconym w statyw (o którym wspomniałem wcześniej):

hercules-link

dsc_4750

Jeśli statyw nie miałby takiego trzpienia, to ramię jest na tyle krótkie by nie przeszkadzało i było łatwe w transporcie. Da się je też tak zamontować, by po złożeniu statywu wciąż było do niego przymocowane razem z uchwytem na tablet:

ba1bf246-bf1c-497f-b60a-e18655f609fc

Ekran do podglądu: iPad Pro 9,7″
Z powodów wymienionych wcześniej. I tak go posiadam, używam po kilka godzin każdego dnia i mam go na każdej sesji przy sobie, więc nie ma sensu kupować osobnego urządzenia tylko do podglądu. Gdybym jednak miał to zrobić, to nie upierałbym się przy iPadzie (szczególnie wersji Pro, która jest bardzo droga). Spokojnie można by kupić coś znacznie tańszego. Ważne żeby była w miarę wysoka rozdzielczość, dobre kąty widzenia, szybkie wi-fi. Tak naprawdę jakość obrazu nie jest jakoś bardzo istotna, więc większość tabletów się nada.

Dodatkowo…
Żeby aparatu z gripem wygodnie używało się w pionie, to nie może być zamontowany do statywu w standardowy sposób. Są różne uchwyty typu “L” do tego celu, ja miałem w domu jeden, który wymontowałem z bracketu na lampę błyskową. Można też użyć stopki do obiektywu.

Powyższy zestaw wychodzi drogo, ale to wydatek jednorazowy. Jeśli waga i mobilność nie byłyby tak istotne, to bez problemu można to zrobić o wiele taniej.

Modelka vs. ekran

Z mojego doświadczenia wynika, że bardzo ważnym jest, aby modelka ekranu ze zdjęciami w trakcie sesji nie widziała. Niestety często kończy się to próbami spojrzenia na każde dopiero co wykonane ujęcie, co czasami jedynie wydłuża sesję, a innym razem właściwie uniemożliwia zrobienie tych najbardziej dopracowanych fotografii.

Często robiąc sesję poprawiam pozę modelki o bardzo drobne detale – lekkie odsunięcie kosmyka włosów, żeby był milimetry obok oka, zamiast je przykrywać itd. A teraz wyobraźcie sobie zdjęcie, które na 100% zostanie opublikowane, wystarczy jedna mała poprawka –  wystarczy tylko odsunąć wspomniane włosy sprzed oka i… modelka odwraca głowę w kierunku monitora, żeby zobaczyć jak wyszła… Zdjęcie przepada, a poza jest nie do powtórzenia – jeszcze nigdy się nie zdarzyło, żeby na podstawie fotografii modelka potrafiła ustawić się identycznie. Różnią się drobiazgi. Te drobiazgi, przez które zdjęcie leci do kosza, zamiast do publikacji. Oczywiście to nie reguła, jedynie własne doświadczenia.

Czasami jest odwrotnie – gdy modelka lepiej wychodzi wysoko uniesionym podbródkiem lub lekko otwartymi ustami, to pokazuję jej różnice pomiędzy różnymi zdjęciami, jednak wtedy mam kontrolę nad tym kiedy to robię.

Podsumowanie

Podgląd zdjęć już w trakcie ich robienia to niesamowite udogodnienie. Wielkość ekranu zdecydowanie nie jest najważniejsza. Podczas robienia zdjęć ciągle się przemieszczam – raz jestem bliżej modelki, raz dalej. Monitor musiałby być na wygodnym stoliku albo na statywie z kółkami i ktoś musiałby go cały czas przestawiać, żebym zawsze wykorzystywał go w 100%. W profesjonalnych studiach to nie problem – tam montuje się aparat na strasznie ciężkim statywie razem z monitorem, sterowaniem do lamp i innymi potrzebnymi akcesoriami – wówczas wszystko jest zawsze pod ręką. Jednak to rozwiązanie poza tym, że jest bardzo rzadko spotykane, to w żadnym wypadku nie jest mobilne. Natomiast zamontowanie iPada na statywie z aparatem nie sprawia żadnych problemów, jest ultra przenośne, a przez dotykowy ekran niezwykle wygodnie można się poruszać po zdjęciu i błyskawicznie powiększać wybrane fragmenty. iPad będący zawsze przy aparacie da efektywnie większy obraz niż monitor znajdujący się daleko. No i nie ma kabli plączących się pod nogami.

Recent Posts