Zrobienie fajnych zdjęć ludzi (i nie tylko), często wymaga użycia lamp na statywach. Na swój pierwszy zestaw oświetleniowy (3 lampy, statywy do nich, wyzwalacze itd) wydałem w sumie ok. 1000 zł i opisałem go już wiele lat temu. To była niesamowicie niska cena jak na takie możliwości. Od tamtego czasu na rynku sporo się zmieniło, więc pora na wpis o tym, co bym kupił dzisiaj. Co prawda wciąż jest ciężko znaleźć coś lepszego w podobnej cenie, ale dopłacając pojawiają się nowe, znacznie ciekawsze opcje.

Rozpiszę się też na temat lamp światła stałego, bo wciąż sporo osób się zastanawia, czy to nie lepsza opcja od błyskania. Tym bardziej, że oświetlenie LEDowe można kupić już wszędzie.

Spis treści:

Lampy reporterskie

Ja na początek z pewnością kupiłbym tanie lampy reporterskie, zamiast studyjnych. Dlaczego? Bo mają świetny stosunek jakości do ceny i są niesamowicie uniwersalne. Sprawdzają się zarówno w studio jak i w plenerze (oczywiście zacienionym). Ważą tyle co nic i zajmują równie niewiele miejsca. Można je umieszczać tam, gdzie z lampami studyjnymi byłby wielki problem. Kwestia jedynie odpowiedniego uchwytu lub wystarczającej ilości taśmy klejącej lub opasek zaciskowych (zaraz po lampach i aparacie, to najważniejsze rzeczy na każdej sesji zdjęciowej).

Żeby zmienić kolor światła w lampie reporterskiej, wystarczy kilkucentymetrowy kawałek folii, zamiast wielkiego arkusza. Do zasilania 4 akumulatorki AA, zamiast drogich battery packów lub generatorów. Bardzo łatwo jest też samemu zrobić różne modyfikatory – potrzebny wąski strumień światła? Sięgasz po najbliższe czasopismo i owijasz je wokół palnika. Czasami nawet tego nie trzeba robić, bo może wystarczyć zmiana zoomu w ustawieniach lampy. Musisz mieć jeszcze bardziej skoncentrowane światło? Bierzesz słomki do picia i świecisz lampą przez nie… Malutki softbox na włosy? Trochę papieru i ew. folii aluminiowej załatwi sprawę.

Te wszystkie rzeczy tracą na znaczeniu, kiedy ma się całe wyposażenie studyjne, ale zazwyczaj są bardzo istotne na początku, kiedy jak najniższym kosztem chce się zyskać jak największe możliwości.

Wady lamp reporterskich

Lampy reporterskie to też sporo wad. Przede wszystkim niewielka moc, konieczność ładowania akumulatorków i niemożność robienia długich serii zdjęć na najmocniejszym błysku – wtedy co jakiś czas włączy się zabezpieczenie przed przegrzaniem. Jednak w tego typu fotografii jak moja, zazwyczaj i tak błyska się z przerwami.

Na początku problemem wydaje się też brak światła modelującego, czyli tego świecącego cały czas. Przez to dopiero po zrobieniu zdjęcia widać efekty. No właśnie – widać jak świecą lampy, wystarczy zrobić testową fotkę i gotowe – ona powie o oświetleniu o wiele więcej niż światło modelujące. Poza tym można kliknąć przycisk testowy na lampie błyskowej i obserwować jak się rozkłada światło i z tego też często korzystam.

Prawda jest taka, że mi światło modelujące nie przydaje się po to, by łatwiej było ustawiać lampy, a głównie po to, żeby ułatwić pracę autofocusowi i zmienić wygląd oczu. Dużo światła stałego daje małe źrenice i wielkie tęczówki, a mało światła to efekt odwrotny. Na początku i tak nikt się nie przejmuje takimi rzeczami. A autofocus? Na jednej z sesji świeciliśmy modelce w twarz telefonem, żeby AF przestał latać tam i z powrotem. Jednak zazwyczaj nie było żadnych komplikacji i światło sufitowe wystarczało – na zdjęciu i tak go nie widać, a Autofocusowi wystarczy.

Tanie lampy studyjne

Teoretycznie można by kupić jakąś bardzo tanią lampę studyjną na start, tylko że te najtańsze znacznie się różnią od droższych modeli. Często nie trzymają parametrów – jeden błysk będzie mocniejszy i o innej barwie od drugiego. Może w takich lampach brakować aktywnego chłodzenia, więc po serii wyzwoleń zablokują się na jakiś czas (zupełnie jak lampy reporterskie). Światło modelujące jest w nich tak słabe, że równie dobrze mogłoby go w ogóle nie być, a powieszenie nieco cięższego modyfikatora sprawia, że lampa nie potrafi utrzymać ustawionego kąta nachylenia. Na próżno też w nich szukać dużej regulacji mocy. Także do “prawdziwych lamp” studyjnych, tym tanim jest bardzo daleko. Natomiast tanie lampy reporterskie spisują się niesamowicie dobrze i brakuje w nich właściwie tylko automatyki, która w strobingu i jest zbędna. Nie też trybu HSS, którego również nie używam.

YongNuo YN–560 III lub IV

Przechodzimy do tego co ja bym dzisiaj kupił na start. YongNuo YN–560 III i IV to moje ulubione lampy. Mam je od 2 lat, a wcześniej przez kilka lat używałem znacznie prostszego modelu, czyli YN–460 II. Pod kilkoma względami był on lepszy – niższa waga, mniejszy rozmiar, wręcz niesamowicie prosta obsługa. Jednak wynikało to ze znacznie mniejszych możliwości. Dzisiaj już bym tamtego modelu nie kupił, ponieważ nowy jest dużo lepszy (czego na pewno nie powiedziałbym o YN-560 w rewizji I i II, dopiero III i IV zrobiły rewolucję).

YongNuo YN–560 IV.

Moc YN–560 III/IV jest zbliżona do topowych modeli systemowych (liczba przewodnia na ISO 100 wynosi 58). Często pada pytanie, jak to się ma względem lamp studyjnych. Nie da się porównać tych mocy, bo to całkiem inne konstrukcje, lampy studyjne świecą z o wiele szerszym kątem, więc będą się inaczej zachowywały w różnych modyfikatorach, szczególnie w beauty dishu. Ale możemy śmiało przyjąć że każda lampa studyjna będzie mocniejsza od reporterskiej. Nawet jeśli ma tylko 100 Ws. To kiepsko, ale na początek wystarczy, a później będzie doskonałym uzupełnieniem mocniejszych lamp. Poza tym w dodatkowych lampach taka moc często w zupełności wystarcza, a reporterskie są na tyle małe, że w niektórych modyfikatorach można używać dwóch na raz (albo i więcej).

Kolejną zaletą YN–560 jest zoom, czyli lampa może świecić węższym strumieniem światła. Nie jest to wielki plus, bo prawie zawsze potrzebny będzie najszerszy kąt, ale czasami może się przydać. Jest też bardzo duża regulacja mocy. Można zejść do 1/128, a zmiana mocy jest wygodna i precyzyjna. Da się ustawić np. nie tylko 1/64, ale też |1/64+1/3| i |1/64–1/3|.

Rewizja III niemal w niczym nie ustępuje IV. W Polsce ceny za oba modele są bardzo podobne (niecałe 300 zł). Teoretycznie każda z tych lamp jest dostępna w wersji pod różne systemy (Canon, Nikon itd), ale to lampy manualne, więc wszystkie są identyczne. Różnią się tylko kabelkiem dołączonym do zestawu, którego i tak pewnie nie będziecie używać. Skoro to manualna lampa, to nici z TTL, nie ma też HSS (do fotografowania na bardzo krótkich czasach). Jednak używając lamp na statywach, te rzeczy są mi zbędne.

Lampy YongNuo poza fotocelą, mają wbudowane radio, więc odpada koszt dodatkowych wyzwalaczy, które normalnie prawie zawsze trzeba kupić. Teoretycznie sama fotocela wystarczy, ale w praktyce jej nie znoszę – nieraz musiałem kombinować żeby lampy się widziały. W pomieszczeniach jest OK, bo błysk odbity od ścian dotrze niemal wszędzie, gorzej w przestronnym plenerze. Radio rozwiązuje ten problem. Szczególnie że to w wbudowane w YongNuo ma bardzo dobry zasięg i nigdy nie sprawiało mi problemów, czego nie mogę powiedzieć o moim pierwszym (i o dziwo znacznie droższym) systemie wyzwalania.

Radio w tym modelu (III i IV) nie służy tylko do wyzwalania błysku – za jego pomocą można zmieniać parametry lamp. Pod warunkiem że ma się odpowiedni wyzwalacz, którym jest YongNuo YN–560TX, kosztujący ok. 35 dolarów, a w Polsce //zł. Zdecydowanie warto go kupić. Można używać zwykłego wyzwalacza (RF-602/603), ale wtedy traci się zdalne sterowanie.  

YongNuo YN–560TX

Zamiast wyzwalacza na aparacie można zamontować lampę YongNuo YN–560 IV – ona ma wbudowany nadajnik, którym można zmieniać parametry innych lamp. To właśnie tym się różni YN–560 IV od III. W rewizji III nie ma nadajnika, jest tylko odbiornik. Jeśli masz dodatkowo YN-560TX, to i tak ta funkcja jest zbędna, wtedy III spokojnie wystarczy.

Używanie lampy jako nadajnika jest niewygodne – lampa jest większa i cięższa, poza tym pozwala sterować 3 grupami lamp, a wyzwalacz YN–560TX obsługuje ich aż 6. Chociaż bądźmy szczerzy – 3 wystarczą niemal każdemu kto dopiero zaczyna. No i żeby mieć lampę na aparacie, trzeba mieć ich nadmiar…

Dla mnie możliwość zdalnej zmiany ustawień to killer feature. Dzięki temu nawet bez asystenta sesja idzie bardzo sprawnie, bo nie trzeba co chwilę latać do lamp i z powrotem. Co prawda w Nikonie mam to w formie CLS, ale po pierwsze wymaga on wielokrotnie droższych lamp, po drugie działa znacznie gorzej, bo w moim modelu sygnał jest wysyłany podczerwienią, a nie radiem.

Ile lamp potrzeba?

Kupno pierwszej lampy to rewolucja, bo nagle można się zacząć uczyć robić zdjęć na zupełnie nowym poziomie. Napisałem nawet wpis o fotografowaniu z jedną lampą i umieściłem tam przykłady zdjęć z moich sesji.

Na sam początek to wystarczy. Jak ktoś od razu ma nadmiar, to może sobie niepotrzebnie komplikować setupy oświetleniowe. Doskonale widać to Youtuberach, którzy często oświetlają się 6 lampami tam, dwiema można by uzyskać znacznie lepszy efekt.

Oczywiście później warto mieć więcej lamp, najwyżej na niektórych sesjach część z nich pozostanie w torbie. Sam bardzo często używam dwóch flashy przy ujęciach całej sylwetki i pięciu przy fotografiach beauty. Natomiast uważam, że naukę lepiej zacząć od jednej i jak się opanuje podstawy, to wtedy dokładać kolejne.

Wszystkie swoje lampy oznaczam z każdej strony  literami, żeby z daleka widzieć, która grupa nimi steruje. 

Normalnie pierwsza lampa jest jako światło główne, druga służy mi do oświetlania tła, a trzecia to kontra, czyli światło ustawione z boku, za postacią (świecące od tyłu). Na start modyfikator jest potrzebny tylko na lampę główną. Liczba statywów też niekoniecznie musi odpowiadać liczbie lamp, bo na tło bardzo często świeci się kładąc lampę na ziemi. Kontrę od biedy można próbować ustawić na jakiejś szafce, a czasem zdażyło się, że ktoś ją po prostu trzymał. Docelowo oczywiście warto mieć statywy do wszystkiego.

Modelka: Hania Balwierczak | MuA: Karolina Zientek | Fryzura: Agnieszka Sala
Nikon D810 | Nikkor 135mm 2D DC | F/5,6 – 6,3 | 1/200s | ISO 160 – 200

Zdjęcia na powyższej sesji były robione softboxem 75 cm, z dwiema lampami reporterskimi w środku. Gdybym podniósł ISO, to jedna lampa by wystarczyła. Było też osobne światło na tło.

Na blogu opisywałem także sesję w czerwonej sukni, która była robiona w plenerze, wyłącznie z lampami YongNuo YN-560 IV. Pojawił się też opis sesji Tomb Raider, zrobionej tylko lampami reporterskimi (ale starszymi: YN-460 II). Zrobiłem też wiele innych sesji wyłącznie tym sprzętem, część z nich opisałem na blogu, chociażby Potęgę koloru Dior.

Jaki modyfikator na start?

Ja zaczynałem od parasolki transparentnej. Zaletą i jednocześnie wadą jest to, że świeci ona wszędzie naokoło. To problem kiedy ściany są blisko. Szczególne gdy są kolorowe, bo zmienią odcień wszystkiego na zdjęciu.

Jednocześnie gdy kolor ścian nie przeszkadza, to z parasolką transparentną ciężko jest ustawić światło aż tak źle, że zdjęcie się do niczego nie będzie nadawało, a na starcie to istotne. Np. jeśli beauty disha z gridem da się na złej wysokości, pod złym kątem, to twarz może wyjść bardzo ciemna, klatka piersiowa zacznie niemal świecić, skóra może zacząć fatalnie wyglądać i zniknie cały efekt, który BD miał tworzyć. Do tego jeśli make up nie będzie bardzo dobry, to też ciężko z BD o dobre zdjęcia. Natomiast w parasolce transparentnej trzeba naprawdę niewiarygodnie skopać setup, żeby oświetlenie wyszło aż tak źle, by zdjęcia się do niczego nie nadawały. Na fotografii w której światła jest za dużo, od biedy można ratować się obróbką. Natomiast gdy światło było za mało, to może się okazać, że nie ma czego ratować.

Także jeśli nie masz mocno kolorowych ścian, to parasol nie jest zły – ja go wspominam całkiem dobrze. Jednak wydając więcej pieniędzy, można użyć czegoś pomiędzy, czyli softboxu. Dzięki temu światło wciąż będzie w miarę proste w ustawieniu, ale odbicia od kolorowych ścian nie zrujnują fotografii. Mimo wszystko białą parasolkę i tak zawsze warto mieć, szczególnie że prawie nic nie kosztuje. Zastosowań do niej jest nieskończenie wiele.

Są też wielokrotnie droższe wersje parasolek transparentnych (ponad 100 zł/szt), ale na początek nie zaprzątałbym sobie nimi głowy i kupił jakąkolwiek, w rozmiarze 90–120 cm. Te droższe można poznać już na pierwszy rzut oka – są o wiele lepiej wykonane i ciężej je zepsuć na mocnym wietrze. Mimo że mam też te lepsze, to najtańszych wciąż często używam.

Softbox oktagonalny czy prostokątny?
Jako światła głównego używam zawsze modyfikatorów jak najbardziej okrągłych, chociażby ze względu na wygląd blików w oczach. Aczkolwiek sesje w okularach to nieco inny temat – tam prostokątne się sprawdzają. Mogą być też lepsze przy ujęciach z całą sylwetką – wtedy zdarzało mi się też używać nawet dużych stripów jako głównego światła (a jako kontrowego wręcz nagminnie). Jednak na pierwszy modyfikator z pewnością wziąłbym coś bardziej okrągłego, szczególnie do ujęć portretowych. Poza tym o ile w oktagonalnych lampy reporterskie radzą sobie zaskakująco dobrze z rozprowadzeniem światła, to w prostokątnych stripach może być gorzej, ale dotyczy to raczej dużych modyfikatorów, w których i tak większym problemem byłaby niewystarczająca moc.

Jaki rozmiar softfoxu?
U mnie więcej jak 95 cm zazwyczaj kompletnie się nie sprawdza – światło wypełnia wtedy zbyt mocno fragmenty, które chcę żeby były zacienione. Jednak czym większy softbox, tym łatwiej zrobić „poprawne” zdjęcie. Będzie też lepszym wyborem do zdjęć całych postaci. Dlatego to właśnie ok. 95 cm brałbym na początek.

Jakie mocowanie?
Jeśli ma to być rozwiązanie uniwersalne i przyszłościowe, to zdecydowanie lepiej kupić softbox z mocowaniem Bowens i adapter na lampę reporterską. Dzięki temu w przyszłości będzie go można używać z lampami studyjnymi. Zresztą modyfikatory dedykowane lampom reporterskim są zazwyczaj droższe i mniejsze.

Przykładowy zestaw na start

Kliknij w wybraną rzecz, żeby wyświetlić aktualne ceny:

W sumie wychodzi ok. 700 zł. Ma się wtedy dwie lampy – jedna jako oświetlenie na statywie, a druga jako sterownik zakładany na gorącą stopkę aparatu. Dzięki temu ma się radiowe wyzwalanie i zdalną regulację parametrów lampy. Jeśli będziesz chciał eksperymentować z dwiema lampami, to od razu masz taką możliwość, bez dodatkowych zakupów. Dzięki fotoceli możesz wtedy wyzwalać obie lampy za pomocą flasha wbudowanego w aparat (jednak stracisz wtedy możliwość zdalnej zmiany parametrów). To mało wygodne, ale w sam raz żeby zacząć eksperymenty z bardziej rozbudowanym oświetleniem. Zresztą szybko możesz rozbudować zestaw tak żeby te problemy zniknęły.

Następne elementy układanki:

Te rzeczy kosztują niecałe 900 zł, więc z jednej strony sporo, a z drugiej cena za całość wciąż jest niższa niż za jedną lampę systemową, bez żadnych statywów, modyfikatorów itd. Koszt najbardziej zwiększa softbox z adapterem. Jednak wszystko są to rzeczy, których w przyszłości się nie wyrzuca, ani nie zamienia na inne, tylko wciąż używa jako uzupełnienie. Ja bym zdecydowanie kupił softbox z gridem, bo on bardzo mocno zwiększa możliwości kierunkowania światła.

Dlateczego właśne te modele?
Bo jak na swoją cenę są dobrym wyborem. Sprawę z lampami już wyjaśniłem – YongNuo robi świetny sprzęt, a wspomniane modele są znakomite do strobingu. Lekkie statywy świetnie sprawdzają się z lampami reporterskimi i lekkimi modyfikatorami. Ew. z lampami studyjnymi bez modyfikatorów. Takie statywy przez swoją wagę są dużo wygodniejsze w transporcie, a przez mniejszy rozstaw nóg można je podsuwać bardzo blisko ścian, co jest bardzo istotne przy fotografowaniu w  mieszkaniach. Dlatego do dzisiaj często używam takich lekkich modeli.

Jednak pod softbox (i później pod główną lampę studyjną) lepiej mieć stabilniejszy statyw, najlepiej z amortyzacją. Dlatego po dokupieniu softboxu warto mieć coś, co go bez problemu utrzyma, a w przyszłości nada się nawet do znacznie cięższego sprzętu. Dlatego ostatni statyw jest inny.

Softbox z mocowaniem bowens po to, żeby później go nie wyrzucać, tylko używać dalej z lampami studyjnymi. Poza tym te dedykowane do lamp reporterskich często są droższe, więc tym bardziej lepiej pójść od razu w sprzęt studyjny.

Uchwyt akurat tego typu, żeby nie było trzeba kupować osobno trzpieni i montować lamp najpierw w podstawkach, a dopiero później na statywach. W zlinkowanym uchwycie takich komplikacji nie ma.

Oczywiście to nie jedyna droga zakupowa, po prostu ja bym nią poszedł gdyby zaczynał od nowa.

Co jeszcze?
Jeśli nie masz akumulatorków AA i ładowarki, to będą ci potrzebne. Baterie się nie sprawdzają, zresztą to strata pieniędzy. Doskonale spisują się Eneloopy, a najlepszy stosunek ceny do jakości mają w wersji białej. Ładowarkę też najlepiej kupić porządną, bo to wydatek jednorazowy.

  • Eneloop (4 sztuki w paczce)
  • Ładowarka EverActive NC1000 (oczywiście mogą być też inne ładowarki. Po prostu ten model ma świetny stosunek możliwości czy do ceny).

Światło ciągłe

Są zdjęcia, które da się zrobić tylko łącząc światło błyskowe ze stałym. W ten sposób tworzy się niektóre efekty specjalne, ale większość osób takich zdjęć nie robi w ogóle. Poza tym używa się wtedy głównie profesjonalnych, bardzo drogich lamp. Jednak tutaj skupiam się na normalnych zdjęciach i lampach, które mają służyć jako podstawowe wyposażenie. Wtedy nie robi się takich kombinacji i ja zdecydowanie wolę błysk od światła stałego. Jest ku temu wiele powodów. Różnią się one w zależności od tego, o jakim świetle stałym mowa. Tylko pamiętajcie, że zajmuję się tylko fotografowaniem modelek. Nie robię np. zdjęć produktowych, w których dobre światło stałe sprawdza się świetnie. Jednak „dobre” oznacza też zupełnie inny przedział cenowy niż ten, o którym jest ten artykuł. 

Świetlówki
Najpopularniejsza opcja. Zazwyczaj nie mają regulacji mocy, a kolorystyka w tym świetle jest o wiele gorsza niż normalnie. To za sprawą drastycznie niskiego CRI. Dlatego skóra w takim świetle jest blada, pozbawiona kolorów. Teoretycznie świetlówki fotograficzne potrafią mieć CRI (RA) ok. 90, ale to wciąż nie ideał. Tym bardziej że mają najróżniejsze widma, przez co występują różne zafarby, np. zielonkawe. Na blond włosach wygląda to fatalnie, a czasem nawet skóra prezentuje się niekorzystnie. Jednak to już zależy od konkretnego modelu (a nawet egzemplarza) świetlówki.

Poza tym z biegiem czasu świetlówki zmieniają moc. Z tych wszystkich powodów kompletnie nie nadają się do fotografii produktowej, a i w zdjęciach portretowych/beauty mogą dać mocno nieciekawe efekty. Dlatego nawet jeśli potrzebujesz np. tylko ring light, chociażby do robienia filmów na YouTube, to poważnie się zastanów czy warto brać taki oparty o świetlówkę, czy może jednak wziąć wersję LED. 

Istnieją świetlówki o znakomitych parametrach, ale są one liniowe – do montowania w oprawach sufitowych.

Halogeny
Kolory w tym świetle są równie dobre jak w oświetleniu błyskowym i dziennym. Wymagają solidnego zasilania i niestety strasznie się grzeją, a więc potrzebują modyfikatorów do światła stałego, które są znacznie droższe od normalnych. Przy okazji make up spłynie z modelki, jak za długo posiedzi przed softboxem. Używanie w plenerach jest możliwe tylko z naprawdę solidnym zasilaniem, więc normalnie jest się przywiązanym do gniazdek.

Poza fotograficznymi lampami halogenowymi, są też lampy budowlane, które tanio można kupić w sklepach typu Castorama. Niektórzy wykorzystują je na zdjęciach, jednak to maksymalnie prowizoryczne i kompletnie nieprzyszłościowe rozwiązanie, które nie ma nic wspólnego z zaletami, o których wspomniałem wyżej.

Lampy LED
Wszystko w nich jest bardziej wyblakłe niż w świetle słonecznym. Co prawda są diody o bardzo dobrych parametrach, tylko mają zupełnie inne ceny niż normalne LEDy i na pewno nie kwalifikują się do artykułu o tanim oświetleniu. Na szczęście nawet średniej jakości ring light LEDowy, powinien być wolny od paskudnych zafarbów, które są bardzo powszechne w wersji świetlówkowej.

LEDów da się też używać w plenerze, często poza zasilaczem sieciowym mają miejsce na włożenie akumulatorów z lustrzanek. Biorą mniej prądu niż halogeny i świetlówki. Dobrze sprawdzają się w filmach YouTube, ale do zdjęć bez dwóch zdań wolę błysk. Jednak jeśli ktoś już ma takie oświetlenie (masa Youtuberów), to może je wykorzystać w zdjęciach.

Typowych lamp LEDowych nie da się zamontować w modyfikatorach fotograficznych, a te świecące dość mocno zdecydowanie nie są tanie (ani małe), więc to kolejny argument za tym, żeby do zdjęć wybierać światło błyskowe.

Wspólne wady każdego światła ciągłego

Wadą każdego światła stałego jest to, że swoim blaskiem wypala oczy modelce, ale oczywiście to zależy od typu fotografii, bo w portrecie z przysłoną 1,4 będzie OK, natomiast przy beauty na ISO 50, F/14, 1/200s modelka oślepnie, zanim sesja na dobre się rozpocznie.

W świetle stałym nie da się też regulować wielkości źrenic – te będą za każdym razem adekwatne do mocy lamp. Jednak w lampach reporterskich też się tego nie da robić. Tylko w studyjnych jest to możliwe. No i fotografując z lampami światła stałego trzeba wyłączyć wszystkie lampy sufitowe, zasłonić okna itd. – dopiero wtedy będzie się dało zapanować nad oświetleniem nie używając bardzo dużych mocy. Przy błysku to wszystko jest znacznie prostsze.

Światło stałe daje przewagę wszędzie tam, gdzie czas naświetlania można dowolnie wydłużać, czyli w zdjęciach bez ludzi i jakiegokolwiek ruchu.

Temat oświetlenia stałego poruszałem też na moim kanale na YouTube, w piątym odcinku Q&A:

Podsumowanie

Lampa studyjna, która ma wszystko to co bym chciał, kosztuje wielokrotnie więcej niż lampa reporterska, w której niczego mi nie brakuje. Gdybym używał automatyki, to sprawa wyglądała by inaczej, ale u mnie tylko manualne ustawienia mocy błysku się sprawdzają. Bo skąd automatyka ma wiedzieć jak jasne chcę mieć tło i jak intensywne kontry? Przecież na każdej sesji będzie inaczej.

Obecnie nie wyobrażam sobie, żebym miał całkowicie zrezygnować z oświetlenia studyjnego na rzecz lamp reporterskich, ale nie widzę też żadnego powodu, dla którego od razu miałbym zaczynać od świateł studyjnych. Tym bardziej, że do dzisiaj bardzo chętnie sięgam po lampy reporterskie – nawet YongNuo YN-460II wciąż zdarza mi się używać (głównie jako światło do robienia blików – wtedy mam je zawsze pod ręką, więc nie przeszkadza mi aż tak brak zdalnego sterowania ustawieniami).

Proponowane posty